Rok 1959. Jonathan Harper - prywatny detektyw niemogący się pozbierać po tragicznej śmierci swojej żony, zostaje poproszony przez swoją przyjaciółkę o rozwiązanie zagadki śmierci jej ojca.
Początkowo wszystko układało się wyśmienicie. Klimat retro, tajemnice rodzinne i jak to u autorki charakterni i wyraziści bohaterowie. Wszystko okraszone poczuciem humoru, który bardzo cenię u autorki. I nagle zgrzyt, bo po parunastu stronach od razu odgaduję "narzędzie zbrodni" tak charakterystyczny dla innej autorki. To niby takie niewielkie ziarenko piasku w oku, ale przez to staję się podejrzliwa i zamiast cieszyć się z lektury, skupiam się na nieścisłościach. Sama fabuła jak za dotknięciem jakieś klątwy zaczyna mnie denerwować i tylko moja sumienność ( bo już wiem, że ocena nie będzie zbyt wysoka, choć nadal jest jakaś iskierka nadziei) sprawia, że doczytuję książkę do końca.
"Sprawa lorda Rosewortha"
Małgorzata Starosta
Wydawnictwo Labreto

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz